CZYTELNIA

MC

WBW 2017: Stara szkoła rozstawia po kątach! 0

Wybierając się na zachodni kraniec Polski, mieliśmy spore obawy, czy w podobną, daleką podróż zdecydują się udać najlepsi freestyle’owcy oraz czy na miejscu dopisze nam lokalna publiczność. Okazało się jednak, że wszelkie zmartwienia były zupełnie niepotrzebne, a poziom walk i energia fanów na trzecich eliminacje WBW 2017 w Zielonej Górze przerosły nasze najśmielsze oczekiwania.

Najlepsze z dotychczasowych elimek? Bez wątpienia. Publika już od początku preeliminacji zaskakiwała nas nad wyraz żywiołowymi reakcjami, kozacko prowadzący bitwę Filipek zajebiście nakręcał atmosferę, a trzeci element w postaci poziomu starć niemal ani przez moment nie odstawał od dwóch pozostałych. Poza tym triumfowała "santi peusowska" stara szkoła, czyli freestyle o możliwie najczystszym i najbardziej charyzmatycznym obliczu.

Jednak, by doceniać również i pozostałych uczestników bitwy, prześlizgniemy się na szybkości przez poszczególne rundy starć, wskazując tych, którym udało się pokazać w nich z najlepszej strony.

1/8 = Ryba show

„Ja pierdolę co za forma” – tymi słowami skwitował premierowy występ reprezentanta WLW na bitwie w Zielonej Górze Filipek. Rzeczywiście natężenie punchline’ów rzucanych przez Rybę w rywalizacji z Perrym było niesamowite i na mnie osobiście zrobiło ono największe wrażenie podczas pierwszej rundy starć. Oprócz tego bardzo wysoką formę szybko zasygnalizowali nam Wrocławianie, Spartiak i Milu, a wjeżdżający jako pierwszy Peus pokazał, jak samą energią i charyzmą można porządnie wystraszyć swojego oponenta. Co również cieszy obyło się bez większych zawodów czy kompromitacji, a jedynym mini rozczarowaniem mógł nam się wydać przeciętny występ Kałacha, który chwilę wcześniej, w preelimkach narobił nam sporego apetytu, zaliczając prawdziwe wejście życia.

Najlepsza runda starć WBW 2017

Tym mianem bez dwóch zdań możemy określić zielonogórskie ćwierćfinały. Dwa z nich, czyli zwycięskie walki Peusa z Willem Spliffem oraz Ryby z Murzynem zwyczajnie trzymały bardzo solidny poziom, jednak pozostałe, to znaczy pojedynki Mila z Radziasem oraz Spartiaka z Toczkiem to już naprawdę freestyle’e najwyższych lotów.

Tym razem na pierwszy plan zdecydowanie wysunął się Spartiak, który na premierowe, mega kozackie wejście Toczka odpowiedział trzema, jeszcze bardziej spektakularnymi. Filipek określił je wręcz jako najlepsze wjazdy na dotychczasowych elimkach WBW 2017, a mi chyba rzeczywiście nie wypada się z nim nie zgodzić. Z kolei Radzias i Milu szli przez cały ćwierćfinał łeb w łeb i dopiero po stojącej na bardzo wysokim poziomie dogrywce triumfował Wrocławianin.

Stary człowiek… a może

Przyznam szczerze, że po zakończeniu ćwierćfinałów byłem przekonany, że bitwa w Zielonej Górze padnie łupem któregoś z punchline’owców. Do tego momentu Milu, Spartiak i Ryba prezentowali się na imprezie naprawdę świetnie, a wybitnie charyzmatyczny Peus pozostawał nieco w cieniu młodszych kolegów. Jednak, gdy przyszło już do najważniejszych rozstrzygnięć, to tym razem "dziadek" z Woli niespodziewanie zdołał porozstawiać "małolatów" po kątach.

Nie zamierzam jednak naginać rzeczywistości, więc muszę wspomnieć, iż począwszy od półfinałów poziom bitwy odrobinę osiadł. Jedynym z zawodników, który zdawał się nabierać wiatru w żagle z każdą walką był właśnie Santi Peusini, natomiast pozostali nieco opadli z sił. Reprezentant starej szkoły triumfował nad Spartiakiem i Milem wyraźnie i w bardzo dobrym stylu, jednak jego rywale wcale nie zawiesili poprzeczki jakoś niesamowicie wysoko. Także i reprezentant WLW, Ryba w przegranym półfinale z Milem oraz w wygranej walce o trzecie miejsce nad Spartiakiem nie wypadł równie okazale, co we wcześniejszych rundach rywalizacji.

To wszystko nie umniejsza rzecz jasna sukcesu Peusa, jednak ja wciąż uważam, że stać go na dużo więcej. Póki co na WBW 2017 Santi pokazał nam jedynie namiastkę swoich ogromnych możliwości, lecz już to wystarczyło, by w pełni zasłużenie wygrał elimki w Zielonej Górze i awansował na pozycję wicelidera ligowej tabeli. Pod względem charyzmy i delivery weteran z Woli bije młodszych kolegów na głowę, a jeśli z biegiem czasu podostrzy też rzucane linijki, to przed wielkim finałem w Proxmie jego rywale naprawdę będą mieli, czego się obawiać.

Następny przystanek: Łódź

Na razie jednak nie wybiegamy zbyt daleko w przyszłość i zaczynamy ostrzyć sobie zęby na nadchodzące eliminacje w Łodzi. Tam Peus musi się liczyć z faktem, że punchline’owi gracze tym razem mogą zachować wysoką formę aż do końca imprezy, a żeby tego było mało na bitwie z pewnością pojawi się niezmiennie stylowy reprezentant gospodarzy, Oset. Emocje mamy więc zagwarantowane, a czasu na oczekiwanie pozostało już naprawdę niewiele.

No to co, widzimy się 21 kwietnia w Łodzi! 5!

Komentarze (0)

POLECAMY

NEWSLETTER

Zapisz się aby dostawać na maila info o bitwach!

do góry
Pokaż pełną wersję strony
Copyright © 2016 www.nazwa.pl Sklepicom - sklepy internetowe