CZYTELNIA

MC

Finał WBW 2016: Styl, flow, szacunek - mamy to wszystko! 6

Warszawska Proxima pęka w szwach, w górze ponad tysiąc wyciągniętych rąk, a na scenie ośmiu rewelacyjnych freestyle'owców walczy o pas mistrza WBW 2016. Niepowtarzalny klimat, niezapomniane emocje i mega wysoki poziom wolnostylowej rywalizacji. A przede wszystkim szacunek - rzecz, od której wszystko się zaczęło i która w sobotę w Proximie ani przez moment nie przestawała nam towarzyszyć. Nowego mistrza wyłoniliśmy w iście wymarzony sposób - bez kontrowersji, z przytupem i po fantastycznym finale. Już teraz wiecie, że pas trafił w ręce Bobera, lecz jeśli chcecie poznać wszelkiego kulisy jego triumfu, nie pozostaje nam nic innego, jak zaprosić Was serdecznie do poniższej lektury.

Tym razem nie będę klasycznie opisywał każdej walki z osobna (już za parę dni powinny pojawić się one na WBWtv), a skupię się za to na bardziej szczegółowym przedstawieniu występu w Proximie każdego spośród ośmiu finalistów. Już teraz zdradzę Wam, że żaden z nich nie zawiódł - każdy wniósł na scenę coś świeżego i bez wątpienia wszystkim należą się ogromne wyrazy uznania.

Jak pewnie doskonale wiecie, na początku imprezy podzieliliśmy finałową ósemkę na dwie grupy. W pierwszej z nich znaleźli się Kaz, Bober, Szyderca oraz Yowee, a w drugiej Milu, Toczek, Ryba i Spartiak. Teoretycznie więc podział wydawał się być bardzo równy i sprawiedliwy, lecz jak się okazało, to rywalizacja w pierwszym gronie przysporzyła nam znacznie więcej emocji.

BOBER KRÓLUJE W GRUPIE ŚMIERCI

Nie da się tego inaczej określić. Poziom walk w Grupie A był niezwykle wysoki, tak naprawdę trzech zawodników zasłużyło na awans do półfinału, lecz tylko jeden z nich porywał publikę niemal każdą ze swoich linijek. Przyszły mistrz pokazał klasę już w otwierającym imprezę, pierwszym wejściu potyczki z Yoweem, chwilę później stoczył chyba najlepszą walkę wielkiego finału z Szydercą, a swoją grupową rywalizację zakończył, miażdżąc znajdującego się w wyśmienitej dyspozycji Kaza. Już wówczas wiadomo było, kto jest główny faworytem do sięgnięcia po mistrzowski pas. Bober jak zwykle imponował fajną stylówką, jego punchline'y pozostały spontaniczne i nieszablonowe, lecz co najważniejsze chował się w tym wszystkim niepowtarzalny błysk. Zawodnik z Bielska znajdował się w sobotę w życiowej dyspozycji.

Drugim zawodnikiem, któremu udało się awansować do najlepszej czwórki z Grupy A, okazał się być Kaz. Także i on zaczął imprezę w Proximie z wielkim przytupem. W rywalizacji z Szydercą był o klasę lepszy i choć następnie zaliczył dwa gorsze występy, przegrywając z Yoweem oraz Boberem, to w najważniejszym momencie, czyli trzyosobowej dogrywce o wejście do półfinału ponownie wzbił się na wyżyny swoich możliwości. Styl, flow, przyśpieszenia i soczyste punchline'y- te cztery rzeczy zapewniły zawodnikowi z Działdowa miejsce w najlepszej czwórce finału. W decydującej rywalizacji z Szydercą przeważyły przede wszystkim dwa pierwsze aspekty, jeśli chodzi o które przy bardzo zbliżonej sile rażenia znacznie przewyższał swojego oponenta.

Kaz

Przejdźmy więc do "przegranych". Bez wątpienia Szyderca to największy pechowiec sobotniego finału. W Grupie A przyszło mu rywalizować z rewelacyjnie dysponowanymi Boberem oraz Kazem i pewnie gdyby nie to, gdyby podział na grupy rozrysował się inaczej, Szydi awansowałby do najlepszej czwórki. Owszem, pierwszy pojedynek z Kazem nie do końca mu wyszedł, także w wygranej walce z Yoweem specjalnie nie zachwycił, lecz już w rewelacyjnym pojedynku z Boberem, a w szczególności w trzyosobowej dogrywce o awans do półfinału pokazał poziom, do którego przyzwyczaił nas trzy lata temu, zdobywając pas mistrza WBW. Ale nie, wcale nie był lepszy od Kaza. W decydującej dogrywce panowie szli łeb w łeb, sędziowie aż dwukrotnie musieli przedłużać ich rywalizację, lecz ostatecznie wybór mógł być tylko jeden. Szyderca zrobił to, co zamierzał - udowodnił, że ta trochę starsza szkoła wciąż ma się wyśmienicie, potrafi porywać publikę i tworzyć wyśmienite widowisko. Tym razem jednak wystarczyło to jedynie na wygranie jednej walki, a ten fakt pokazuje tylko, na jak niesamowicie wysokim poziom stał sobotni finał.

Szyderca

No i na koniec Yowee. Tych, którzy, pamiętając jego występ na finale sprzed roku, obawiali się, że i tym razem skończy się to na trzech dość bezbarwnych porażkach, mogę z przyjemnością uspokoić - lęborski freestyle'owiec pokazał w sobotę wszystko to, za co fani freestyle'u lubią go i podziwiają. Co prawda nie przypominam sobie, by rzucił jakieś niezwykłe „killery”, lecz od początku do końca imprezy wjeżdżał w swoim stylu - miał w sobie mnóstwo luzu, humoru i naprawdę wniósł na scenę ogromny powiew świeżości potrzebny temu finałowi. No a zwycięstwo nad Kazem? Powiem Wam tylko, że było w pełni zasłużone i okraszone sporą liczbą bardzo trafnych i prześmiesznych linijek. Szkoda, że Yoweemu nie starczyło już sił i pomysłów na walkę z Szydercą oraz trzyosobową dogrywkę, lecz tak czy owak należą mu się ogromne propsy. Myślę, że w chwili, gdy schodził pokonany ze sceny, a publika wykrzykiwała jego ksywkę, żegnając go dodatkowo okrzykami "dziękujemy", mógł poczuć, że w tym roku na finale WBW zrobił wszystko, co do niego należało.

Yowee
MILU I RYBA TRIUMFUJĄ O WŁOS W GRUPIE B

Z całym szacunkiem do zawodników, ale rywalizacja w drugiej z finałowych grup stała chyba na odrobinę niższym poziomie. A może inaczej - wywołała po prostu trochę mniej emocji i dramaturgii. W tym gronie najlepszy okazał się być Milu, który wygrał wszystkie trzy walki grupowe. Z Rybą bez wątpienia zachwycił i to wcale nie punchline'ami, a przede wszystkim stylówką, jaką pokazał na pierwszym bicie. Serio, czekajcie na filmki, bo w mojej ocenie, było to chyba najgorętsze wejście całego finału. Jednak w pozostałych dwóch walkach wrocławski zawodnik nie miał już w sobie tego błysku i triumfował o przysłowiowy włos. Tak naprawdę zarówno pojedynek ze Spartiakiem, jak i z Toczkiem mógł pójść w obie strony bądź też zakończyć się dogrywką. Pomimo zwycięstwa w każdej z trzech walk Milu wypadł w swojej grupie nieporównywalnie gorzej od triumfatora rywalizacji w pierwszym gronie, Bobera.

Milu
Drugim z zawodników, który uzyskał awans do półfinału z grupy B, okazał się być Ryba. Tak jak wspomniałem, w pojedynku z Milem został zmiażdżony, lecz już w rywalizacji z Toczkiem i Spartiakiem jego zwycięstwa były raczej niepodważalne. Radomski freestyle'owiec być może nie wspiął się na niemożliwie wysoki poziom, lecz leciał bardzo równo, w każdym z wejść konsekwentnie punktował rywali i bez wątpienia zasłużenie po raz drugi z rzędu awansował do najlepszej czwórki wielkiego finału. Mnie w jego wejściach wciąż brakuje jednak swoistego pierdolnięcia, elementu zaskoczenia, który mógłby okazać się nieodzowny, gdyby już w rywalizacji grupowej przyszło mu się mierzyć z Boberem, Kazem czy też Szydercą.

Ryba
A jak już mowa o freestyle'owym pierdolnięciu to nie sposób nie wspomnieć o Toczku. Drugi z reprezentantów WLW powszechnie znany jest z wyśmienitej sceniczności i mega charyzmy, lecz tym razem i u niego zabrakło w sobotę swego rodzaju iskry. Pisałem na początku tekstu, że żaden z finalistów nas nie zawiódł, lecz już zdążyłem zmienić zdanie. Mnie osobiście Toczek odrobinę rozczarował - i to nie dlatego, że wypadł słabo czy nawet przeciętnie, ale ze względu na to, że liczyłem, iż pokaże w Proximie pełnie swoich możliwości, porywając publikę i zapewniając sobie awans przynajmniej do półfinału. Jasne, gdyński raper może mieć zastrzeżenia co do werdyktu swojej ostatniej potyczki z Milem, lecz prawda jest taka, że jak sam napisał na swoim fanpage'u „należy po prostu wejść na wyższy poziom i wygrywać walki, będąc o klasę lepszym zawodnikiem”. A przecież wiemy - nauczeni warszawskimi eliminacjami czy też tegoroczną Bitwą o Trójmiasto - że Toczek jest do tego jak najbardziej zdolny. Tym razem to zwyczajnie nie był jego dzień, a nam pozostaje liczyć na to, że kariera studyjna nazbyt go nie pochłonie i za rok na WBW wpadnie już w swojej optymalnej dyspozycji.

Dobra, a Spartiak? To chyba ten, który miał być "zapchaj dziurą" i finalistą z przypadku. No to przegrał trzy walki, szybko odpadł z rywalizacji i spełnił pokładane w nim nadzieje… Ale zaraz, zaraz, liczy się styl, liczy się jakość wejść, a nie bilans zwycięstw. Wrocławski MC bez wątpienia swoje w Proximie udowodnił. Tak naprawdę jedynie w walce z Rybą był bezsprzecznie gorszy, natomiast w przypadku dwóch pozostałych pojedynków do końca mógł być przekonany, że zasłużył chociażby na dogrywkę. W niemal każdym ze swoich wejść Spartiak potwierdził, że na finale WBW nie znalazł się przypadkiem i myślę, że może swój występ zaliczyć do jak najbardziej udanych. Na półfinał raczej nie zasługiwał, ale pamiętacie może, ile walk przed rokiem w Proximie wygrał Bober…? No właśnie, dajmy więc wrocławskiemu zawodnikowi czas i bądźmy przygotowani na to, że na WBW 2017 pokaże się z dużo lepszej strony.

Spartiak
PÓŁFINAŁOWY OGIEŃ

Faza grupowa za nami, a w rywalizacji pozostało już jedynie czterech najlepszych zawodników sobotniej imprezy w Proximie. W pierwszym starciu o wielki finał do boju ruszyli triumfator rywalizacji w grupie A, Bober z drugim zawodnikiem Grupy B, Rybą, by stoczyć rewanż za wygraną przez tego drugiego pamiętną walkę z białostockich elimek. Wbrew pozorom i tym razem rywalizacja obu panów była bardzo wyrównana. Zaczęło się co prawda od kapitalnego pokazu siły Bobera oraz klęski Ryby w rywalizacji z pierwszym z bitów, lecz już w kolejnych dwóch wejściach radomski zawodnik wcale nie odstawał, a w mojej opinii był nawet odrobinę lepszy. Jego rywal chyba jedyny raz podczas wielkiego finału mógł poczuć się zagrożony - pod koniec walki mocno opadł z sił, brakowało mu pomysłów i gdyby nie kapitalne pierwsze wejście oraz spore wsparcie ze strony publiki pojedynek ten spokojnie mógł zakończyć się dogrywką. No ale tak się nie stało - wszyscy trzej sędziowie zgodnie opowiedzieli się za Boberem, a Ryba po raz drugi z rzędu zajął w Proximie trzecią pozycję po przegranej z przyszłym mistrzem. Czapki z głów przed radomskim zawodnikiem - tym razem był już naprawdę bardzo blisko miejsca w ścisłym finale WBW.

Bober vs Ryba

Drugi półfinał pomiędzy Kazem a Milem okazał się chyba równie wyrównany. Obaj panowie pokazali klasę, świetne linijki oraz niebanalną stylówkę, a o zwycięstwie zadecydowały detale. W mojej ocenie Milu - podobnie jak Toczek- zwyczajnie nie miał w sobotę swojego dnia. Pełnie ogromnych możliwości pokazał chyba jedynie w pojedynku z Rybą, a w rywalizacji z Kazem - choć wypadł naprawdę zajebiście- zabrakło mu w tym wszystkim wspomnianego już przeze mnie błysku. Jego rywal był po prostu odrobinę bardziej charyzmatyczny i przekonujący, górował nie tylko stylowo, ale i pod względem linijek w żadnym wypadku nie dał się stłamsić dysponującemu niesamowitymi przekminami Milowi. Wrocławski zawodnik z pewnością może czuć się nieco zawiedziony, gdyż przed finałem otwarcie deklarował, że jedzie do Proximy sięgnąć po mistrzowski pas, lecz myślę, że dziś i on przyznałby, że to właśnie jego półfinałowy rywal, a także Bober okazali się w sobotę zdecydowanie najlepszymi zawodnikami całej imprezy.

Kaz vs Milu

STYL, FLOW, SZACUNEK - MY MAMY TO WSZYSTKO!

To zajebista sprawa, że w ścisłym finale WBW po raz pierwszy od wielu lat spotykają się dwaj nieszablonowi zawodnicy, którzy nie tylko stronią od używania schematów i preemade'ów, ale też potrafią naprawdę solidnie rapować. Kaz to gracz absolutnie kompletny, a Bober - choć w kwestiach warsztatowych ma jeszcze trochę do poprawy - to w domenie rzucania spontanicznych i niekonwencjonalnych punchline'ów już w tej chwili jest bezapelacyjnym numerem jeden na polskiej scenie. Takie zestawienie ścisłego finału to nie tylko gratka dla obecnych w Proximie fanów, ale też świetny znak odnośnie kierunku, w jakim podąża w tej chwili nasz rodzimy freestyle. Styl, flow - my mamy to wszystko!

A kto dzisiaj wygrał?... Bober - i to bez cienia wątpliwości, kontrowersji czy jakichkolwiek dyskusji. Zawodnik z Bielska od początku do końca imprezy był jej zdecydowanie najjaśniejszym punktem. Potrafił wyśmiać i upokorzyć każdego rywala, robił to stylowo i z zajebistą charyzmą. Aż ciężko uwierzyć, że ten gość na pierwszej bitwie w życiu pojawił się ledwie półtora roku temu, lecz jeśli weźmiemy to pod uwagę, to zostaje nam stwierdzić, że ma on zadatki na zostanie prawdziwą legendą polskiego freestyle'u.

Jeśli chodzi o finał z Kazem to już w pierwszym wejściu Bober okazał się o klasę lepszy od swojego rywala, by w kolejnych trzech pozbawić go jakichkolwiek złudzeń co do losów mistrzowskiego pasa. Przekonany o swej porażce reprezentant Działdowa poświęcił wręcz swoje ostatnie 30 sekund bitwy, by pogratulować przyszłemu triumfatorowi oraz, oddając głos publice, uczcić jego wielkie zwycięstwo. Pewnie część z Was powie, że było to pozbawione sensu, że Kaz się poddał i w pewien sposób zabił rywalizację, ale ja się jaram. Jaram się, bo za jego zachowaniem przemawiał nie tylko stres i pogodzenie się z porażką, ale też ogromny szacunek do rywala. Szacunek, który jest przecież w tym wszystkim najważniejszy i który wypełniał Proximę przez cały czas trwania imprezy.

Bober vs Kaz

W tym roku obyło się bez skandali, niesmaków i nie potrzebnych zachowań publiczności. Nawet gdy zgromadzeni w niej ludzie wykrzykiwali słynne "sędzia chuj", to utrzymywało się to raczej w żartobliwym tonie i robiło bardziej za zadośćuczynienie tradycji aniżeli za wyraz realnego oburzenia. Na scenie DJ Grubaz gorliwie obrażał jurorów wraz z publiką, a nawet Muflon, Puoć i Filip Rudanacja przyłączali się chwilami do skandowania kojarzonych raczej z boiskami piłkarskimi słynnych przyśpiewek. Z kolei zawodnicy w każdym swym zachowaniu oddawali sobie nawzajem pełny szacunek - propsowali dobre wersy, nie obrażali się za werdykty i gratulowali zwycięstw. To właśnie w dużej mierze dzięki ich postawie finał przebiegł w naprawdę zajebistej atmosferze.

A miał on też swoje szczególne momenty. Po pierwsze kucanie całej Proximy przed trzyosobową dogrywką, które miało upamiętnić wyczyn Babinciego sprzed roku. Pod drugie skandowanie przez publikę słowa „dziękujemy” w stronę schodzącego ze sceny Yoweego. Po trzecie gratulacje, jakie Kaz złożył Boberowi w ostatnim wejściu finału. I wreszcie, po czwarte pojawienie się podczas jamu na scenie płaczącego Pueblosa, który był zajarany zwycięstwem Bobera chyba nawet bardziej od samego zdobywcy pasa.

Dolar & Grejtu

Tak, tegoroczny finał WBW okazał się absolutnie wyjątkowy. Bez wątpienia może on robić za możliwie najlepszą wizytówkę polskiego freestyle'u - i to nie tylko ze względu na poziom walk, ale w szczególności przez niezwykle pozytywną i niepowtarzalną atmosferę, która panowała w Proximie od początku do końca bitwy. Nie wiem jak Wy, ale ja jaram się do granic możliwości.

Mamy styl, flow, szacunek, możliwie najlepszego mistrza i zajebistą imprezę za naszymi plecami. Nie pozostajemy nam nic innego, jak pchać ten wózek dalej, organizować kolejne bitwy i czekać już na WBW 2017. Polski freestyle żyje i ma się wyśmienicie. Do zobaczenia za rok!

 

foto Wojciech Górecki / Maciej Rutkowski

Komentarze (6)

28 listopada 2016

"Premade-ów", nie "preemade'ów" :) Literówka, za dużo "e", poza tym w PL końcówki z obcych piszemy z myślnikiem zamiast apostrofa :) Pozdro!

28 listopada 2016

1410

28 listopada 2016

Jestem dumny z polskich freestylowców!

28 listopada 2016

"Nawet gdy zgromadzeni w niej ludzie wykrzykiwali słynne „sędzia chuj”, to utrzymywało się to raczej w żartobliwym tonie i robiło bardziej za zadośćuczynienie tradycji aniżeli za wyraz realnego oburzenia." Skąd ten pomysł? Pytałeś publiki? Bo ja akurat w niej byłem, sam krzyczałem i nie zliczę ile razy słyszałem 'wyruchali Spartiaka' lub 'przepchnęli Mila' :) Serio, publika była wkurwiona nie na żarty.

29 listopada 2016

@słuchacz W takim razie współczuje i mam nadzieje, że "chujowi" sędziowie zniechęcili Cie do przychodzenia na bitwy.

19 grudnia 2016

Ciocia Samo Dobro: Jest dokładnie odwrotnie - apostrof, nie myślnik :) Pozdro!

POLECAMY

NEWSLETTER

Zapisz się aby dostawać na maila info o bitwach!

do góry
Pokaż pełną wersję strony
Copyright © 2016 www.nazwa.pl Sklepicom - sklepy internetowe